Romans Wojtyły

Romans Wojtyły

Karol Wojtyła to teraz modny temat. Kwestionuje się cudowność jego cudów inni przypominają osobę Ireny Kinaszewskiej, domniemanej kochanki Lolka… Mnie szczerze mówiąc średnio interesuje czy Karol zostanie świętym czy nie… Na 100 papieży 50 zostaje świętymi. Jeśli jakiś święty papa nie mordował i nie kradł  w nadmiarze to od razu się kwalifikuje. Zainteresowała mnie natomiast nie żyjąca Irena Kinaszewska, o której wszelkie ślady stara się zacierać Watykan. Czarna mafia traktuje tą sprawę bardzo poważnie.  Na cmentarzu Rakowieckim w Krakowie gdzie kobieta została pochowana, oprócz imienia, nazwiska i daty śmierci nie ma w dokumentacji żadnych innych danych. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że domniemany syn Karola Adam K. zmarł w niejasnych okolicznościach, akurat po przeprowadzeniu badań DNA mających wykazać jego pokrewieństwo z Wojtyłą. Mam nadzieję, że po tym wpisie nie zacznie za mną jeździć czarna wołga z przyciemnianymi szybami :) A oto ciekawy wywiad z Faktów i Mitów z Grzegorzem Piotrowskim, byłym kapitanem służby bezpieczeństwa.

Specjalnie dla „Faktów i Mitów” Grzegorz Piotrowski – były kapitan Służby Bezpieczeństwa – opowiada o sekretach papieża oraz prostuje okolicznościowe, jubileuszowe mity i kłamstwa serwowane nam przez media, z tygodnikiem „Wprost” na czele.

MAREK SZENBORN: – Ile Pan ma lat?
GRZEGORZ PIOTROWSKI: – 52.

- Najnowszy numer tygodnika „Wprost” w szeroko komentowanym przez inne media artykule pt. „Czerwone cienie papieża” podaje, że był Pan silą sprawczą wszelkich działań i prowokacji skierowanych przeciwko Wojtyle…
- Tak… czytałem. I chciałbym, aby pan to wyraźnie napisał, że do naszej rozmowy doszło nie dlatego, iż podniosłem paluszek, wyrywając się do odpowiedzi, lecz dlatego, że zostałem wywołany do tablicy bredniami wypisanymi w artykule, o którym pan mówi.

- Wróćmy więc do tematu. Początek owych prowokacji „Wprost” umieszcza już w roku 1949. Ile miał Pan wówczas lat?
- Minus trzy! Ale podobno już wtedy byłem w planie. A skoro mówimy o sile sprawczej – rozumiem, że mówimy o aferze z Ireną Kina-szewską. Ową siłą był sam Karol Woj-tyła, który najzwyczajniej dał bezpiece do ręki argumenty. Takiej gratki nie zaprzepaszczą żadne służby specjalne na świecie. Przypomnieć panu Clintona i Moniczkę…? Wszak -jak to napisał Lec w swoich „Myślach nieuczesanych” – „Triumf wiedzy o człowieku to akta tajnej policji”.

- Do czego tajnym służbom potrzebny był w roku 1949 młody jeszcze wówczas Karol? Antycypacja tego co miało nastąpić?
- Jak już powiedziałem, nie było mnie wówczas na świecie, ale z tego co wiem, a wiedza takowa stanowiła część moich obowiązków, objęty był rutynową inwigilacją – zresztą jak każdy ksiądz. Z czasem, gdy dzięki niekwestionowanym talentom uzyskiwał coraz silniejszą pozycję w Kościele, zainteresowanie nim rosło. Sakra biskupia, kapelusz kardynalski i hipotetyczna możliwość awansu na urząd najwyższy – zajmowały agentów coraz bardziej. Poprzeczka podnosiła się…

- Ot, psia służba…
- Może i psia, tylko że takimi sprawami – czyli inwigilowaniem wszystkiego, co u nas, a nie nasze zajmują się po dziś dzień i zajmować będą do końca świata wszelkie wywiady. Czy pan wie, że wydział CIA o niewinnej nazwie „Operacje konsularne” inwigiluje watykańskich hierarchów – a wcześniej zgładził chilijskiego prezydenta? Co prawda nie jestem już „w kursie”, ale posiadam wiedzę, że i polska Agencja Wywiadu ma obecnie w Watykanie swoje wtyczki – nierzadko te same. Ciągle pracują tam bowiem ludzie związani w przeszłości z „Firmą”. Jakbym się uparł, to nawet odtworzyłbym jeszcze listy płac, na których oni figurowali. Pamiętam nawet kwoty…

- Pan żartuje?
- Ani trochę… Czy jest pan sobie w stanie wyobrazić, że kapłan – informator tajnych służb – który funkcjonował niczym kadrowy pracownik – i to funkcjonował, delikatnie mówiąc, nie za wdowi grosz – nagle zerwał tę współpracę tylko z tego powodu, że upadł system? Albo że o nim zapomniano? Owszem, wiele teczek zniszczono, ale najcenniejsze źródła są pieczołowicie przechowywane. Nie bez znaczenia są też nadal kwestie merkantylne. Wszak pe-cunia non olet.

- Czyli wszystko za kasę…?
- Też, ale nie tylko. Kiedyś płaciliśmy im stosunkowo mizernie… a przecież bardzo wielu księży przez lata współpracy utożsamiało się z nami na tyle, że dzielili swój świat na „my” i „oni”. Za „onych” uważając struktury Kościoła, w których funkcjonowali, zaś „my” to Polska, jaka wydawała im się strawna i możliwa do przyjęcia.

- Wróćmy do Wojtyły i haka, którego bez wątpienie chcieliście na niego znaleźć. Hak to był czy prowokacja, a może ordynarna mistyfikacja?
- Trzy w jednym! Hak, prowokacja, a w końcówce i mistyfikacja. Nie taka znów skomplikowana, bo w tle widać było cień kobiety. Sprawdza się francuskie powiedzenie: „Cherchez la femme”.

- Rzeczywiście istniała więc kobieta Karola?
- A czy nie był zdrowym i urodziwym mężczyzną? Pisaliście już kiedyś o tym w „Faktach i Mitach”. Chyba nawet idiotycznie posądzano mnie o sprokurowanie tej informacji. Tak! Miał kobietę, z którą był bardzo związany. I zakochany. To była romantyczna, pełna wzlotów i upadków miłość. Tę namiętność miałem okazję obserwować przez lata, czytając tomy stenogramów, sekretnych listów, itp. Powie pan, że byłem psem. No może i byłem… taki fach, ale często ze wzruszeniem czytałem ich listy, stenogramy nagrywanych z podsłuchu rozmów… Pies ma też ludzkie uczucia i powiem, że byłem pod wrażeniem jego opiekuńczości, oddania i miłości. Był bardzo romantycznym kochankiem, a przy tym prawdziwym dżentelmenem. Może mu nawet trochę zazdrościłem… Nic to jednak, służba była służbą; nie po to Kościół wymyślił celibat, żeby bezpieka nie wykorzystała nadużyć z nim związanych.

- Nie żal? Nie wstyd?
- Teraz trochę żal i trochę wstyd, ale „Firma” takich smakołyków nie wyrzuca na śmietnik. Gdy Wojtyła otrzymał nominację kardynalską, kierownictwo MSW dostało nadzwyczajnego kopa. Na wyścigi zaczęto szukać pomysłu na wykorzystanie wiedzy i dokumentacji o Wojtyle.

- Co mieliście?
- Listy miłosne, nagrania z podsłuchów, a w tym te najistotniejsze – z intymnych wieczorów kochanków.

- Co tam było?
- Odgłosy seksu, pieszczot… i rozmowy „po”.

- Odgłosy seksu? Pan daruje… jak można ponad wszelką wątpliwość uznać, że coś jest seksem, a coś nim nie jest, słuchając marnego nagrania z podsłuchu?
- To pan niech daruje… specjaliści odsłuchujący przez lata takie nagrania potrafią odróżnić tupot myszy od kroków szczura, a co dopiero rozpoznać oddechy, westchnienia, okrzyki. Widział pan amerykański film „Głosy”? To nie była jeszcze ta technika, ale przez miesiące słuchania ekspert był w stanie odtworzyć ubiór podsłuchiwanej osoby po szeleście odzieży.

- To są bajki…
- To nie są bajki.

- Więc co słyszeliście tak naprawdę?
- Zakochanego mężczyznę i szczęśliwą kobietę, a jednocześnie nieszczęśliwą… ze świadomością, że ON nigdy nie będzie cały jej. Może stąd bierze się papieskie „Totus Tum”.

- Pan poeta?
- Ale gdzieta… Raczej pragmatyk. Już w końcu lat 50. ktoś przytomny ocenił, że Woj tyła zrobi karierę w Kościele. Oczywiście nie by-to mądrego, który przewidziałby wówczas, że aż taką. Jednak jego coraz częstsze wizyty u Kinaszewskiej były na tyle intrygujące, że zainstalowano u niej podsłuch.

- Jak?
- Rutynowa historia. Wystarczy, że lokator jest w domu nieobecny przez choćby godzinę i na upartego to już wystarczy, żeby „wejść” i zainstalować mikrofony.

- Gdzie je ukrywaliście?
- W miejscach trudnodostępnych i rzadko oglądanych… np. listwy przypodłogowe i ściana za kaloryferem.

- Czym urządzenia zasilano?
- U Kinaszewskiej była tak zwana instalacja przewodowa niewyma-gająca baterii. To kapitalnie ułatwiało pracę. Mieliśmy nasłuch przez całą dobę. Technicy ziewali, ale nie zawsze…

- No więc jakie było resume tych nagrań przed wybraniem Wojtyły na papieża… czy może tuż po…
- Dokumentacja młodzieńczej, również fizycznej miłości i rozterek kobiety odsuniętej po nadaniu Wojtyle godności arcybiskupa krakowskiego. Przestał ją wówczas odwiedzać, pozostały listy, które wymieniali za pośrednictwem księdza Bar-deckiego.

- Kim był ten ksiądz?
- Powiernik i najbliższy współpracownik Wojtyły. Stokroć bliższy mu nawet niż później Dziwisz. Dobrze wiedział o Kinaszewskiej. Już wtedy zaczęła ostro pić oraz pisać wspomnienia. Cholernie niebezpieczne, stawały się beczką prochu, w miarę jak Karol awansował. Później obserwowaliśmy jej radość i… rozpacz, gdy został papieżem. Zaufani „opiekunowie” nie odstępowali kobiety na krok w obawie, że zainteresują się nią specsłużby.

- Co to za „opiekunowie”?
- Ksiądz Bardecki i Konrad Strze-lewicz – znany krakowski literat.

- Nie boi się Pan tak wprost o tym mówić?
- Dziś to już nie jest kwestia odwagi, tylko odrobiny rzetelności. Skoro prasa, np. „Wprost”, wypisuje takie bzdury, tym samym wymusza na mnie mówienie otwartym tekstem. Powiem tak… tej kobiecie zabrali (my zabraliśmy i oni zabrali) wszystko, co nosiło ślady związku z Lolkiem, ale niewieścia przemyślność nie zna granic. Tak dokładnie schowała własne zapiski, że nikt ich nie znalazł… albo prawie nikt. A jednak z fragmentów, które lubiła czytać na głos, w MSW, z podsłuchu, powstawał duplikat.

- Gdzie dzisiaj są te papiery i taśmy z nagrań?
- Po śmierci Ireny to, co było w jej mieszkaniu, zapewne skonfiskował Kościół. Taśmy były oczywiście w MSW, podobnie jak duplikat pamiętnika. Myślę, że to wszystko fizycznie nadal istnieje, a część tych materiałów pełni rolę zakładnika.

- Czyjego?
- Pułkownik Baranowski, ostatni człowiek, który dysponował tą częścią należącą do MSW, zmarł śmiercią nagłą i tajemniczą.

- Pan unika odpowiedzi. Komu dziś może zależeć na trzymaniu w garści korespondencji kompromitującej – albo raczej uczłowieczającej – papieża?
- Ile „Fakty i Mity” zapłaciłyby za oryginalny list miłosny papieża albo nagranie jego amorów?

- Fortunę.
- Naiwnie myśli pan, że więcej niż może zapłacić CIA, MI-5, Mossad czy choćby Opus Dei? Moim zdaniem ktoś to kupił. I trzyma.

- A więc reasumując… na własne uszy słyszał pan nagrania z… powiedzmy sekscesów Jana Pawła i na własne oczy widział Pan dokumenty tych spraw dotyczące.
- Tak! I nie tylko ja, bowiem do tych materiałów dopuszczonych było kilkanaście osób… poczynając od Jaruzeiskiego i Kiszczaka, a na technikach kończąc.

- Czy poza pożółkłymi już kartkami i skrzeczącymi taśmami pozostały jakieś inne ślady tego romansu?
- Taki ślad ma na imię Adam i mieszka na Wybrzeżu. Jednak nigdy nie udało nam się potwierdzić pokrewieństwa Wojtyły z domniemanym synem. Badania DNA z włosów czy śliny były wówczas nieznane.

- Jaką mamy pewność, że Pan nie kłamie?
- Żadnej. Ale niech pan zwróci uwagę, że po prostu nie mam w tym żadnego interesu. A poza tym… powiem tak: za mój głupi zwyczaj mówienia prawdy z podniesioną głową przesiedziałem 15 lat. Więc niech mi pan tu teraz… I powiem panu jeszcze coś. Po ludzku szkoda mi tego człowieka, któremu pożal się Boże apologeci odbierają prawo do miłości, ja się tego prawa nie wyzbyłem nawet za kratkami. Żal mi też tych durniów – pan wybaczy, ale często pańskich kolegów dziennikarzy – dorabiających dziś legendy do papieskiego życiorysu.

źródło: Fakty i Mity

Zgłoś ten artykuł na:
  • Sfora.pl
  • Spis.pl
  • vala.pl
  • Wahacz.pl
  • OSnews.pl
  • Forumowisko
  • Polec.pl
  • Linkr.pl
  • Co-Robie.pl
  • Add to favorites
  • email
  • Grono
  • Wykop
  • Gwar

Autor:

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Vestibulum rutrum tellus non elit sagittis mollis. Pellentesque rhoncus ornare mauris, egestas interdum justo porttitor quis.