W dniu klęski narodowej…

W dniu klęski narodowej…

Proszę państwa, nareszcie jest! Długo oczekiwana, hucznie obchodzona, rocznica jednej z najgłupszych i najkoszmarniejszych w skutkach decyzji politycznych w historii świata!
Jakie rocznice obchodzi się na świecie – przynajmniej w tym, do którego pretendujemy, czyli na zachodzie Europy i w USA? Zburzenie Bastylii, dzień niepodległości, wygrane bitwy, urodziny wielkich zwycięzców. U nas jest troszeczkę inaczej, ponieważ z uwielbieniem czcimy porażki, katastrofy i przegranych. Uwielbiamy taplać się we własnej krwi i trupach. I nasz naród jest masochistyczny – zawsze nas prześladują, zawsze jest źle… ale jakąż nieziemską rozkosz daje nam ubolewanie nad własną krzywdą.
Jak można z wielką pompą świętować rocznicę wydania tak idiotycznego i oderwanego od rzeczywistości rozkazu? Liczyliśmy na pomoc ze wschodu i chcieliśmy uciąć łeb niemieckiemu okupantowi. Niczego nie nauczyła nas kampania wrześniowa, podczas której również liczyliśmy na pomoc. Ale sojuszników! Teraz mamy absurd do kwadratu bo tłumaczymy, że byłoby dobrze, gdyby ZSRR nam pomógł. ZWIĄZEK RADZIECKI, (sic!) czyli drugi okupant, przeciw któremu powstanie było na płaszczyźnie politycznej wymierzone. Stalin już w 1943 roku oświadczył Sikorskiemu, że z AK współpracował nie będzie, więc liczenie na wsparcie ZSRR było zwykłym chciejstwem (jakich w naszej historii wiele). Wybuch powstania zbiegł się w czasie z niemieckim kontruderzeniem na wysunięty oddział 2 radzieckiej armii pancernej, a Stalin nie miał żadnego interesu w popieraniu powstania. Żołnierze stanęli więc w miejscu i patrzyli jak wykrwawia się Warszawa.
Po co było wszczynać niepotrzebne i z góry skazane na porażkę powstanie? W momencie pierwszych strzałów sytuacja była jasna. Wielokrotna przewaga liczebna armii niemieckiej, brak doświadczenia armii powstańczej, wywołanie wojennej awantury w ogromnym skupisku ludności cywilnej, żałosne uzbrojenie (prawie połowę posiadanej broni w momencie wybuchu powstania stanowiła broń krótka), absolutne oderwanie dowództwa od rzeczywistości… Dziwi szacunek, kult nawet, którym otacza się w Najjaśniejszej ludzi, którzy skazali na śmierć 200 tysięcy cywilów, a samo miasto na zagładę. 550 tysięcy warszawiaków zostało wysiedlonych, 165 tysięcy wylądowało na robotach w Rzeszy. 50 tysięcy w obozach koncentracyjnych.
Obrzydzenie budzi coroczna szopka, firmowana przez narodową kruchto-kryptę (Muzeum PW). Uderzamy w bogoojczyźniane dzwony, przebieramy dzieci za powstańców (na wymioty się zbiera, a przy okazji wychodzi kolejny paradoks – gardzimy Niemcami za to, że dzieci z hitlerjugend wcielali do wojska, kto mi powie czym się to rózni od polskiego, małego powstańca?), odymiamy się kadzidłem i wszyscy mamy patriotyczny wzwód. Ani guzika od munduru, szare szeregi, pałacyk Michła, sanitariuszki i kanały. Nawet Hamleta potrafimy wciągnąć w powstańcze bagienko (vide sztuka Hamlet 44). Równocześnie wyśmiewamy się z Czechów, że film o powstaniu praskim trwał dłużej niż samo powstanie. Może i tak, ale za to do Pragi jest po co jeździć.
I tutaj pytanie: czy my, od dzieciństwa napychani bogoojczyźnianym farszem, będziemy w stanie zrzucić z siebie bagaż bezsensownych hurraoptymistycznych zrywów oraz patetycznego smrodku „Polskości” i wziąć się wreszcie, kurwa, do roboty?
Naszym skromnym zdaniem takie urabianie młodych (i nie tylko) mózgów nie może przysłużyć się budowaniu lepszego jutra i odrabianiu cywilizacyjnych zaległości. Nie chcielibyśmy wyciągać zbyt daleko idących wniosków, ale zdaje się, że postawa „ja z synowcem na czele i jakoś to będzie” jest czynnikiem wyraźnie wpływającym na polską bezsilność, kiedy chodzi o pracę u podstaw, niezbędną przecież dla stałego, szybkiego i mądrego rozwoju. No bo skoro na większości lekcji języka polskiego czy historii tłumaczy się, że „chcieliśmy się wyzwolić więc wzięliśmy bagnety/naostrzyliśmy kosy i ruszyliśmy na czołgi” a porażki upatrujemy w tym, że nikt nam nie pomógł… Rany boskie! Czy jak oblejesz egzamin to usprawiedliwiasz się tym, że nikt Ci nie pomógł? Albo jeżeli przepuścisz cały majątek na hulanki (jak to zrobiła Rzeczpospolita szlachecka) i ktoś ten majątek przejmie to czy słusznym jest myślenie: nikt mi nie dał pieniędzy i dlatego zbankrutowałem?
Za całe uzasadnienie skazania miliona ludzi na życie w strachu, utratę dorobku życia, tułaczkę albo nawet śmierć, mają wystarczyć dwa magiczne słowa: honor i patriotyzm. Masturbujemy się swoją odwagą i zasadami (równocześnie pijąc na umór i lejąc się po pyskach), a kiedy już poniesiemy sromotną porażkę wycieramy sobie ryje honorem.
Czy nie traci prawa do miana honorowego ktoś, kto doprowadził do zagłady setek, tysięcy, milionów? U nas nie, tu jest rozgrzeszony. W ogóle każdy kto ponosi porażkę, w bitwie czy w życiu, z definicji jest pokrzywdzonym, a więc usprawiedliwionym. A to nie tak powinno wyglądać – jeśli dowódca nie umie zwyciężać, powinien odejść. Jeśli polityk ponosi porażki dyplomatyczne – do lamusa. Polityka historyczna każe nam jednak pochylać się nad każdym, kto umoczył, o ile zrobił to z wystarczającą dawką honoru.
Wnioski są smutne. Dopóki większym szacunkiem niż np. Margrabia Wielopolski cieszyć się będą minister Beck i pretensjonalny kretyn z baczkami skaczący do Elstery, dopóty nie uda nam się zbudować w Polsce autostrad. No chyba, że powstanie Wielki Narodowy Plan Budowy Autostrad Imienia Jana Pawła II.

Polityczni

(3ci & jurij77)

Zgłoś ten artykuł na:
  • Sfora.pl
  • Spis.pl
  • vala.pl
  • Wahacz.pl
  • OSnews.pl
  • Forumowisko
  • Polec.pl
  • Linkr.pl
  • Co-Robie.pl
  • Add to favorites
  • email
  • Grono
  • Wykop
  • Gwar

Autor:

Młody korporata. Krytyk bez podstaw intelektualnych. Niemalże pedagog. Libertarian hooligans.